Ostatni raz na KODAL-u byłem 6 lat temu. Od tego czasu jakoś nie miałem bardzo po drodze z Diakonią Liturgiczną (studia, problematyczne dojazdy na spotkania, podążanie własną drogą, poglądy tradycjonalistyczne, czasami trudniejsze relacje z innymi osobami z Diakonii, itp.). Myślałem więc, zresztą błędnie, że nie ma już dla mnie miejsca w Diakonii, bo nie czułem się tam swobodnie. Pewien dobry kolega przekonał mnie jednak we wrześniu, że Diakonia jest jak rodzina – jest się w niej na dobre i złe, mimo lepszych i gorszych dni i stosunków.

Przed KODAL-em zostałem poproszony przez ks. Moderatora o pomoc, wraz z zapytaniem czy bym nie przyjechał. Odpowiedziałem na tą prośbę – pomogłem przeglądając materiały. Z kolei decyzja o wyjeździe cały czas była odwlekana ze względu na wiele okoliczności dookoła mnie. Planowałem przyjechać na dzień, góra dwa, tak w odwiedziny. Życie jednak potoczyło się inaczej i ostatecznie, po prośbie księdza, że mnie potrzebują i po poznaniu planu zajęć postanowiłem przyjechać na KODAL w pierwszym wolnym możliwym terminie i zostać na nim do końca. Decyzja została podjęta z dniem rozpoczęcia rekolekcji. W czwartek (w pierwszym wolnym terminie) byłem już na miejscu. Co mi dał KODAL? Po raz pierwszy poczułem się tak naprawdę potrzebny w Diakonii i zrozumiałem, czym jest tak naprawdę służba w praktyce – jest to obecność i dawanie z siebie wszystkiego i bycie na każde zawołanie innej osoby, jeżeli idzie o pomoc drugiemu człowiekowi. Najbardziej te prawdy zrozumiałem z racji tego, że z jednej strony byłem animatorem „zapchaj dziurę”, a z drugiej, gdyby mnie nie było, rekolekcje byłoby o wiele trudniej przeprowadzić. Swoją obecnością mogłem odciążyć i pomóc księdzu, jak również wielu innym animatorom, którym jak nagle coś wypadło lub jak się źle czuli mogłem pomóc. I to właśnie w tej pomocy, wykonywanej w posłuszeństwie, czasem z większą chęcią, czasem z mniejszą zobaczyłem piękno posługiwania na tego typu rekolekcjach. Piękno posługi to było po prostu jej podjęcie – nieważne, czy to był zmywak, czy wyjście do sklepu, czy prowadzenie zajęć, czy siedzenie przy księgach liturgicznych, mimo zmęczenia, do późnych godzin nocnych, czy podjęcie jakiejkolwiek innej posługi, nawet, gdy dowiadywałem się o niej na kilka minut wcześniej. Przekonałem się również, że Diakonia jest otwarta na ludzi o różnych poglądach o ile mają zdrowe do nich podejście i że mogę jeszcze wiele dla tej wspólnoty uczynić. Między innymi pokazywać innym swoim życiem, w jaki sposób w zdrowy sposób łączyć na pozór przeciwne stanowiska. Ukazało mi, że Diakonia to piękno w jedności w różnorodności. I że każda osoba w Diakonii i na tych rekolekcjach, którą poznałem jest ważna i potrzebna i pisze swoją historię, ale wszyscy mamy jeden wspólny cel, jakim jest świętość i uwielbienie Pana Boga w pięknie Liturgii. Mogłem również po raz pierwszy się zastanowić nad tym, jak przyjmuję Komunię Świętą i jakie ma to dla mnie znaczenie. Tych kilka dni tak wewnętrznie zmieniło mnie głównie w jeden sposób – dało nadzieję, że będzie dobrze i mnie wewnętrznie podbudowało. Myślę, że w jakiś sposób wzrosłem w nadziei i miłości, ale też wiem, że tym razem na owoce i rezultaty przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać… Gloria Domine!