W Ruchu Światło- Życie, szczególnie w naszej diecezji, łatwo rozpoznać, kto jest z jakiej diakonii. Skąd to się bierze? W sumie ciężko to określić, bo w teorii ubieramy się podobnie, czyt. Każdy po swojemu, nie nosimy wielki tabliczek z hasłami typu: „Dzisiejszy dym sponsoruje DDL” albo „Wszystkie znaki na niebie i pięciolinii wskazują, że DDMuz nadchodzi” (taki tam suchar na rozluźnienie ;p). Jak nie baner, ani nie ubiór, to co? Może trochę zachowanie, może trochę inne tematy i inne słownictwo, no ja na przykład jak słyszę: synkopa, modulacja lub coda, zastanawiam się czy w ogóle są takie słowa. I teraz chciałbym się skupić na tym „zachowaniu”.

Jak powszechnie wiadomo panowie z DL są z założenia ceremoniarzami, a panie precentorkami. Zauważyłem ostatnio, że ceremoniarze i wydaje mi się, że precentorki też, mają takie nietypowe zdolności obserwacji. Wiadomo każdy z nas obserwuje to co się dookoła dzieje, ale w naszym przypadku, co widzę szczególnie w swoim zachowaniu, w czasie Liturgii coś nam się „włącza” i widzimy rzeczy, na które nikt nie zwraca uwagi, szczególnie gdy ktoś „przypadkiem” nie trzyma się OWMR, ale ja nie o przepisach miałem pisać. Kończąc ten przydługi wstęp, ja szczególnie po powrocie z Łagowa zaczynam w sobie dostrzegać to jak wiele rzeczy zauważam podczas Mszy, a to ministrantów, którzy śpią na kazaniu, a to panie z ostatniej ławki wyciszają telefony, a to jakiś ministrant zamiast służyć siedzi w ławce, a najgorsze co ostatnio widzę i co w sumie jakoś mnie zasmuca, to fakt, że z ministrantów, tylko ja przystępuję do Komunii – chociaż, temat ministrantów to temat do osobnego tekstu. A co do tych pań w ławce i ogólnie ludzi „na kościele”, to oni też obserwują, szczególnie ministrantów i księży, i właśnie o tym jest to rozważanie.

Jak już wspomniałem, mam taką przypadłość, że bardzo dużo rzeczy zauważam podczas Liturgii, i nie, nie jest to rozglądanie się albo nieskupianie się na tym co najważniejsze, po prostu tak mam i wcale mi to nie przeszkadza w przeżywaniu Eucharystii, po prostu rejestruję trochę więcej informacji o otoczeniu. I co ostatnio zaobserwowałem? A to, że ci wszyscy ludzie cały czas nas obserwują i uwaga naśladują! Takim przykładem jest kwestia skłonów podczas Gloria i Credo, które powoli pojawiają się również poza prezbiterium, a tak szczególnie ostatnio, kwestia „krzyżyków” przed Ewangelią, kiedyś wszyscy robili je podczas słów „Chwała Tobie, Panie” a teraz już podczas „Słowa Ewangelii według…” mała rzecz, a jednak po tym jak pojawiła się w prezbiterium po kilku miesiącach trafiła i na drugą stronę balasek.

I teraz sedno. Jesteśmy w prezbiterium, panie poza, ale kwestie tego, kto posługuje i jest „kompetentny” ludzie szybko sobie zakodowują, i teraz przychodzi moment kiedy ktoś jest niepewny co zrobić to patrzy właśnie na te osoby i je naśladuje. A teraz zastanówmy się, co by było gdyby taka osoba spojrzała a my pisalibyśmy SMS, czy też rozmawiali, co jest powszechniejsze. No zgorszenie jak nic! I tak sobie myślę, że ciekawe, jak wiele osób patrząc na mnie nie widziało tego co oczekiwało, a jedynie kogoś kto akurat gada, podziwia sufit, czyta „Zwycięzcę Śmierci”. A nie po to przecież jesteśmy! Skoro naszą służbą mamy wskazywać Chrystusa, to zacznijmy to robić! Zostawmy nasze pogawędki na czas po Mszy, wyśpijmy się w domu, czy cokolwiek innego. Powtórzę: jesteśmy po to by wskazywać NA CHRYSTUSA – Tego, który nas do tego powołał (tak, Służba Liturgiczna jest powołaniem) i pokażmy tym wszystkim poprzez nasze postawy, gesty i zachowania po co tak naprawdę zdecydowaliśmy się na posługę w przestrzeni liturgicznej.

A czy poza kościołem nikt na nas nie patrzy? Otóż… nic bardziej mylnego! Ci wszyscy ludzie, szczególnie ci, którzy chodzą na tą samą Mszę w niedzielę co my, doskonale wiedzą kim jesteśmy, może nie z imienia, ale jakaś łatka jest przypięta, ja na przykład słyszałem o sobie określenie „ten chudy lektor” – w sumie nie da się ukryć, że jestem chudy i od 8 lat jestem lektorem ;). Oczywiście już, aż tak nie jesteśmy obserwowani, ale wciąż możemy być zgorszeniem – w niedzielę w idealnie wyprasowanej śnieżnobiałej albie stoimy przy ołtarzu, a dzień wcześniej idziemy do parku i wszem i wobec pokazujemy, jaki mamy bogaty zasób słownictwa, czy na co dzień, pokazujemy naszą „wysoką” kulturę osobistą, albo po prostu jej brak. W szkole, ogólnie wszyscy wiedzą, że chodzę do kościoła, ale no przecież chodzenie nic nie znaczy, bo muszę „być fajny i lubiany”, więc rozwalamy lekcję, wyśmiewamy kogoś z klasy, generalnie jesteśmy całkowitym przeciwieństwem tego za kogo ludzie nas uważają. Kiedyś słysząc hasło „najgorsi są ministranci”, nie chciało mi się wierzyć, bo w sumie mnie to też dotyczyło, ale szkoła się skończyła, zaczęły studia i praktyki właśnie w szkole, potem wyjazd jako wychowawca na kolonie i wiecie co? To stwierdzenie jest prawdziwe. Mi osobiście było ciężko pogodzić się z tym, jak wiele w człowieku zmieniają jedne drzwi – drzwi od zakrystii. Tak jakby ci „moi ministranci” jak zwykłem mówić, od czasu kiedy zostałem animatorem i prezesem ministrantów, potrafią w jednej chwili zmieniać swoją osobowość i czasami nawet mi było ciężko uwierzyć, że są zdolni do tak skrajnych zachowań, ale może po prostu jestem naiwny, nie wiem. Ale wiem jedno, że tak jak ja, ewentualnie, poczuję się zniesmaczony lub oszukany, tak dla kogoś, kto siedzi w ławce w kościele i ma o ministrantach, precentorakch, oazowiczach, członkach scholi, dobre zdanie i chętnie stawiałby osoby „działające w kościele” za wzór nawet dla swoich dzieci czy wnuków, możemy w jednej chwili stać się ogromnym zgorszeniem i nawet wywołać u takich osób słuszne oburzenie. A w przypadku osób, które jeszcze szukają Boga, stać się głównym argumentem, że Kościół to nie miejsce dla nich.

Starajmy się pamiętać o tym jak wiele nam dano i jak wiele od nas się wymaga…

Tomasz Dragańczuk