To był mój pierwszy KODAL. Miałem wątpliwości, czy warto pojechać, czy sobie poradzę, ponieważ nie ukończyłem jeszcze kursu lektorskiego. Zachęcił mnie jednak mój duszpasterz, więc ostatecznie pojechałem.

Już po dwóch dniach stwierdziłem, że wiem o wiele więcej, niż przed kursem. W nauce Mszału pomagali mi koledzy z wyższych stopni. Liturgii Godzin, z którą nie miałem dotąd do czynienia, nauczyłem się w parę dni. Zaskoczyło mnie w niej to, że Psalmami da się tak dobrze modlić. Uczestniczyłem też w pierwszej w życiu Mszy Świętej po łacinie.

Sądziłem, że przez dużą ilość nauki rozwój duchowy będzie zminimalizowany, ale na szczęście się myliłem. Po raz pierwszy przyłapałem się na tym, że nie chce mi się wyjść z adoracji, i to w takim stopniu, jak nie chce mi się wstać wcześnie z łóżka.

Tworzyliśmy też zgraną wspólnotę; szczególnie odczuli to chorzy kodalowicze, o których wszyscy się troszczyli.

Wykłady były bardzo ciekawe i wiele z nich wyniosłem. Były prowadzone ciekawie, często z prezentacjami multimedialnymi. Szczególnie zainteresował mnie wykład o istocie Przeistoczenia.

Ostatniego dnia trzeba było przejść weryfikację z Mszału i Liturgii Godzin. Na początku się tego obawiałem, ale jednak bez większych trudności wszystko zaliczyłem. Test pisemny też nie był zbyt trudny, kiedy się powtórzyło materiał.

Na było bardzo ciekawie. Było parę występów kabaretowych, muzycznych oraz karaoke.

Po agapie, czyli ostatniej, uroczystej kolacji i po paru godzinach snu wyjechaliśmy do domów. Teraz moją wiedzę będę mógł wykorzystać w mojej parafii, a za rok pojadę na kolejny stopień.